Był listopadowy mroźny sobotni poranek. Uczniowie liceum należący do debiutującego koła wolontariatu gromadką szli wzdłóż ruchliwej krajowej drogi nr X. Na początku roku szkolnego entuzjastycznie przystali na pomysł jednej z nauczycielek matematyki, aby stworzyć struktury uczniowskiego wolontariatu i pomagać niepełnosprawnym z okolicy i miasteczka, w którym mieściła się ich szkoła. Projekt wyrósł z potrzeby, którą zauważyła nauczycielka wychowująca córkę z Zespołem Dawna. Każdy miał już swojego podopiecznego, do którego raz w tygodniu chodził w odwiedziny, porozmawiać, pobyć z nim, aby nie czuł się odcięty od świata. Nic specjalnego, tylko odrobina swojego wolnego czasu i cierpliwości. Opiekunka koła pani Ś. dbała o to, aby jej uczniowie zintegrowali się z sobą nawzajem i z podopiecznymi oraz poznali ich potrzeby wraz formami pomocy, które są dla nich dostępne. Z tego względu organizowała dla nich spotkania m.in. w poradni pedagogicznej czy warsztatach terapii zajęciowej dla dorosłych oraz późniejsze dyskoteki i olimpiady specjalne.
Właśnie tego poranka mieli pierwszy raz wziąć udział w zajęciach osób dorosłych, dlatego dreptali gęsiego zdłóż asfaltu próbując przekrzyczeć hałas mijających ich aut.
- Daleko jeszcze?! - krzyczała Monika
- Mówili, że koło Żawtony! - tym samym sposobem próbował się porozumieć Kuba.
- Kto taki kawał od miasta robi warsztaty dla niepełnosprawnych?! - dziwiła się Ania.
Po jakimś czasie udało im się dotrzeć do budynków Żawtony i zaczęli poszukiwać właściwego wejścia do upragnionego (po trosze z chęci ogrzania się i po trosze z ciekawości) celu. Znajdowało się ono w głębi nieco z lewej strony. Z daleka, dla „niewtajemniczonych“, nie rzucało się w oczy. Przy wejściu przywitała ich młoda dziewczyna - pracownica ośrodka i jednocześnie opiekunka grup oraz kilkoro z jej poopiecznych. Po zdjęciu i powieszeniu kurtek w wielkiej szafie stojącej w korytarzu, do dziewczyn podeszli wychowankowie ośrodka, żeby się przywitać.
- Adrian zostaw nową koleżnakę, bo ją udusisz. - ostrzegła jedna z opiekunek, gdy rosły mężczyzna z zespołem Dawna zbyt mocna przytulał Monikę. - Nie możesz pozwalać im na takie czułości. Oni pomimo tego, że zachowują się jak dzieci i są przyjazni, to są silni i potrzeby seksualne mają jak dorośli mężczyźni. Nie zdają sobie sprawy, że mogą zrobić ci krzywdę - pouczała wolontariuszki pracownica. - To ty musisz stawiać granicę.
Dziewczyna w pierwszym momencie zesztywniała ze stachu i bała się poruszyć, lecz gdy spojrzała na uśmiechniętą i radosną twarz Adriana, odetchnęła z ulgą. Podbiegła wyjątkowo wesoła dziewczyna.
- To nasza Kamilka. Najradośniejsza ze wszystkich - przedstawiła przybyłą podopieczną.
Kamila wyściskała wszystkich przybyłych i obdarzyła szczerym uśmiechem.
Wolontariusze zostali podzieleni na kilka grup, w których zwiedzali warsztaty Adriana, Kamili i wszystkich pozostałych uczestników zajęć.
Monika została zaprowadzona do bardzo kolorowej sali, w której siedziało już kilkoro poopiecznych ze swoją panią i robiło cudeńka z papieru, masy solnej oraz farbek do szkła.Po przedstawieniu grupy usiadła koło jednego z uczestników zajęć i obserwowała ich pracę. Jednak długo nie „nacieszyła się spokojem“. Każdy chciał się pochwalić swoim dziełem i sposobem jego wykonania. Każdy chciał dotknąć nowo przybyłych, zainteresować ich sobą.
- Mamy tutaj kilka pracowni dla dorosłych osób niepełnosprawnych, które uczą się u nas podstawowych czynności dla własnego użytku. Uczą się gotować, sprzątać, ubierać się samemu, ale też wykonują proste rzeczy, które później ośrodek sprzedaje i utrzymuje się z tego. Tutaj jest pracownia plastyczna, gdzie, jak widzicie, powstają różne ozdoby. Za kilka tygodni w waszej szkole będziemy sprzedawać je na kiermaszu bożonarodzeniowym. Dalej są pracownie metalowe i inne. W nich bardziej sprawni mężczyźni pod opieką pana Macieja uczą się wykonywać, np. węglarki i tym podobne rzeczy. Je również sprzedajemy. Naszymi podopiecznymi są osoby dorosłe, które są upośledzone w stopniu lekkim i średnim i mogą wykonywać proste prace. Zarabiają na siebie, czują się potrzebne. Są przywożone i odwożone do swych domów codziennie busem ośrodka. Ze względu na to, że nasi podopieczni są dorośli, nie obejmuje ich już program szkół specjalnych. - tłumaczyła oprowadzająca po ośrodku kobieta.
Pożegnawszy się z z uczestnikami warszatatów plastycznych grupa wolonatriuszy poszła dalej, zaglądając do każdego z mijanych pomieszczeń. W korytarzu unosił się zapach gotowanego obiadu. Z kuchni wychyliła się uśmiechnięta Kamilka i zaprosiła grupę do środka.
- Dziś będą placki ziemniaczane. - z dumą powiedziała.
- Kamila jest naszym słoneczkiem i bardzo nam pomaga - pochwaliła jedna z kucharek pracujących w kuchni - Razem robimy posiłki dla wszystkich pracowników.
Przez chwilę wydawać by się mogło, że w ośrodku panuje idylla i wszyscy są szczęśliwi, uśmiechnięci, zadowoleni z tego co robią. Do czasu, gdy wolontariusze i podopieczni zebrali się w jednej sali - sali ćwiczeń i odpoczynku. Prowadzące zajęcia przedstawiły zwykły plan dnia w ośrodku i powiedziały, że czas na lepsze zapoznanie się grupy z liceum z podopiecznymi poprzez zabawy integracyjne. Jednak na coś lub kogoś czekały. Z salki z tyłu pomieszczenia wyszła fizjoterapeutka.
- Zaraz do was dołączy Janek. Przed chwilą skończyliśmy ćwiczenia. Janek nie jest podopiecznym ośrodka, nie pracuje tu jak inni, np. Kamila czy Adrian. Przyjeżdża z miasta na ćwiczenia ze mną.
Po chwili z czyjąś pomocą do sali wszedł Janek. Pierwszą różnicą między podopiecznymi a nowo przybyłym, jaką dało się zauważyć, był brak uśmiechu. Nieufnie rozejrzał się po zgromadzonych. W oczach błysnęło rozpoznanie, gdy spojrzał na Kubę. Był on jego wolontariuszem. Co tydzień odwiedzał go w domu. Grali razem na komputerze i rozmawiali. Z prawej strony głowy Janka widniała długa blizna, tym bardziej widoczna, że miał ciemne włosy. Jedna ręka była podkurczona i nie dawała się rozprostować. Stawiał niepewne kroki starając ukryć się gdzieś z tyłu, aby nie być widocznym.
- To Janek. Jest od nas kilka lat starszy. Parę lat temu miał zdawać maturę. Chodził do naszego liceum. Miał wypadek samochodowy. - ściszonym głosem objaśniła jedna z dziewczyn.
Zaczęły się gry. Rzucanie piłką, zgadywanki i inne, przy których co chwilę wybuchały salwy śmiechu. Przy jednej z zabaw trzeba było połączyć się w pary. Monika podeszła do Janka z uśmiechem, lecz spotkała się z zimnym spojrzeniem i odepchnięciem. Burnął coś pod nosem. Nie wiedziała jak zareagować, więc wycofała się, a do Janka podszedł ktoś inny. Jego zachowanie, tak różne, do zachowania innych uczestników, zbiło ją z tropu. Nie próbowała już więcej nawiązać kontaktu. Do innych odnosił się znośnie, lecz z dystansem.
Po wyjściu z ośrodka, w trakcie drogi powrotnej, wolontariusze dzielili się wrażeniami. Monika próbowała się czegoś więcej o Janku dowiedzieć, by zrozumieć jego gwałtowną reakcję, ale nic jej to nie dało.
Później widywała go jeszcze czasem jak sam jeździł trzykołowym wózkiem po chodniku, do sklepu, ale nie podeszła do niego. Nie chciała być więcej odtrącona. Po latach jeszcze z łatwością potrafiła przypomnieć sobie to wściekłe spojrzenie ciemnych oczu.
- Może on zdawał sobie sprawę z tego, co go ominęło? Miał jakieś plany? I w przeciwieństwie do pozostałych nie był niepełnosprawny od urodzenia? Dlaczego tak łatwo odpuściłam? A może mogłam mu pomóc? - powtarzała sobie pytania.




Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.