Mój talent, hobby, zainteresowania, pasja (20)
Chcemy pomagać Wam odkrywać talenty oraz promować twórczy i pozytywny sposób spędzania czasu...
Witam, nazywam się Monika Kutkowska. Moją życiową miłością jest FOTOGRAFIA..., gdzie
całe moje życie podporządkowane jest właśnie jej... Zajmuję się FOTOGRAFIĄ od kilku
lat. Wykonuje zdjęcia różnego rodzaju, zaczynając od zdjęć legitymacyjnych, poprzez
sesje, uroczystości liturgiczne na imprezach masowych kończąc. Zachęcam do współpracy,
zapewniam miłą atmosferę i wspaniałe zdjęcia. Zachęcam również do podglądania moich
zdjęć na stronkach
http://www.facebook.com/pages/Fotokutkowska/272536036116203
http://www.facebook.com/moniakuta
KONTAKT:
Tel: 694 000 235
lub 725 504 440
gg: 517331
Super ujęcia!!! Dim lights Embed Embed this video on your site Ale takiej jazdy NIE polecam...
Więcej: http://www.mlodziparafianie.pl/sport/item/1832-snowboard-the-art-of-flight.html
Biegasz po łące roześmiany ze swoim psem i ludźmi, którym zależy na Tobie i ze wzajemnością. Bawicie się w berka pomimo tego, że już dawno wyrośliście z wieku przedszkolnego. Beztroska zabawa i dużo śmiechu. Młodość i radość. Życie jest takie piękne, Słońce świeci. Nic nie może Wam popsuć tego dnia. Podbiega zdyszana Zośka klepie Cię w ramie wołając głośno „Berek!”. Odwracasz się i ruszasz w pościg. Nadeptujesz sobie na sznurówkę i przewracasz się. Kumpela umyka przed Tobą. Pośpiesznie starasz się wstać, ale coś jest nie tak. Nie możesz się ruszyć. Nogi są ciężkie jak z ołowiu. Ani drgną. Rozglądasz się za znajomymi, ale są już daleko. Nawet nie zauważyli, że ich nie gonisz. Wołasz za nimi. Nie słyszą. Nie przestajesz nawoływać. Bez rezultatu... Nagle słyszysz brzęk tłuczonego szkła, trzask gnieconej blachy i krzyk przerażenia rozdziera Twoje gardło!
Budzisz się zlany potem. Chwilę trwa zanim orientujesz się gdzie jesteś. Rozpoznajesz ściany swojego pokoju, powoli normuje się Twój oddech. Dyszysz jeszcze. Patrzysz w sufit. Światła przejeżdżających samochodów bawią się na nim i na ścianach tworząc stwory, które w dzień nie wychodzą z ukrycia. Do świtu, przed którym czmychają one pod szafę i w różne dziwne miejsca, zostało jeszcze sporo czasu. Wiesz, że już nie zaśniesz. Możesz tępo wpatrywać się w blednące z czasem stwory lub myśleć o tym, że już nigdy nie dogonisz Zośki. Nie będziesz się z nimi wszystkimi śmiał i marzył o świetlanym życiu.
Patrzysz więc na cienie. Obserwujesz każdą zmianę w ich kształcie, pozór ruchu za każdym razem, gdy zmienia się kąt padania światła na zewnątrz. Powoli cienie bledną. Odchodzą na kolejny dzień, tylko po to, by nocą znów ożyć. Zdajesz sobie sprawę, że tak oto udało Ci się dobrnąć do kolejnego poranka. Jednak nie czujesz ulgi.
Leżąc wsłuchujesz się w dźwięki domu, jego pobudkę po nocnym spoczynku. Za ścianą tyka zegar, ktoś człapie do łazienki, po chwili słychać szum wody. Pewnie tata wstał do pracy. Po kuchni krząta się już mama, pewnie jeszcze w szlafroku z potarganymi włosami. Niby już funkcjonuje, ale jeszcze jest w fazie, w której resztki nocnych mar uparcie czepiają się dnia. Zwykle chwilę zajmuje wygnanie ich z myśli i marzeń człowieka. Mechanicznie wykonuje codzienne czynności. Słyszysz, że włączyła czajnik bezprzewodowy. Przepływa Ci przez głowę myśl, że Ty też już od kilku lat powinieneś wstawać tak wcześnie, krzątać się i wychodzić do pracy. Tymczasem leżysz w łóżku i czekasz. Na co? Aż czas się cofnie i nie wsiądziesz do TEGO samochodu? Nie będzie wypadku? Nie będziesz cierpiał? Nie. Na to już nie czekasz. Na początku tak. Myślałeś, że to jeden koszmar, z którego zaraz się obudzisz. Jednak on trwał i zamieniał się w jawę. Nawet Hitchock nie mógłby wymyślić straszniejszego horroru.
Byłeś wściekły. Nienawidziłeś wszystkich i wszystkiego. Miałeś pretensje do kumpla za to, że jechał jak wariat. Do Boga - „jak mógł do tego dopuścić? Za co mnie tak ukarał? Przecież nie zrobiłem nic złego. Miałem plany, marzenia, dziewczynę, kumpli, drużynę“. Zadawałeś sobie pytanie: „dlaczego ja?“. Pozostali mieli tylko kilka zadrapań, jeden złamał nogę i to wszystko.
Teraz czekasz, aż mama, która zrezygnowała z pracy, żeby się Tobą zająć, przyjdzie pomóc Ci wstać. Już nie myślisz o tym, że jest to dla Ciebie upokarzające - dorosły chłopak, a mamusia pomaga mu się w codziennych czynnościach. Teraz już nie jest tak źle. Przy podpórce możesz iść sam do łazienki. Masz nawet własny pojazd, lecz nie jest to wymarzony jaguar, a trzykołowy wózek, którym robisz sobie samotne wycieczki do sklepu. Mógłbyś jechać gdzieś dalej, ale nie lubisz, jak patrzą na Ciebie ludzie. Ta mieszanina litości i ulgi, że to nie oni sami siedzą na Twoim miejscu jest nie do zniesienia. Niektórzy gapią się z taką ciekawością jakbyś miał na czole coś napisane. Inni odwracają wzrok od wózka. Czasem się zdarza, że jacyś gimnazjaliści, nieświadomi tego, że też może ich spotkać ten sam los, zaczepiają Cię tylko po to, by wyśmiać. Ale to nie jest najgorsze. O nie. Spotkanie starych znajomych, kumpli, którzy po wypadku przychodzili tłumnie w odwiedziny. Pocieszali i mówili jak to tęskną za Tobą. Później przychodzili coraz rzadziej, po woli się wykruszali, aż w końcu pochłonął ich wir własnych spraw, wizja życia, w której zabrakło dla Ciebie miejsca. Teraz albo udają, że Cię nie widzą albo zatrzymują się na chwilę tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że jednak łatwiej by było czmychnąć przy pierwszej okazji.
Często wydaje Ci się, że nie masz po co żyć. Jeździsz na rehabilitację i stykasz się z innymi chorymi. Są wśród nich też niepełnosprawni umysłowo. Czasami masz wrażenie, że im jest łatwiej, bo rzadko zdają sobie sprawę z własnych ułomności. Potrafią się cieszyć ze wszystkiego. Wiele razy czułeś, że do nich nie pasujesz. Uważałeś ich za głupków. Ale gdzie „pasujesz“? Nie masz o czym rozmawiać ze starymi znajomymi, dziewczyna nie chciała Cię TAKIEGO, do ludzi, którzy przychodzą do Ciebie z wolontariatu nie możesz na dłużej się przywiązać, bo szybko kończą liceum i idą dalej, goniąc za swoimi marzeniami. Masz wrażenie, że zostałeś gdzieś z tyłu. Oni są już w połowie maratonu,a Ty tuż za startem. Nie wiesz co dalej robić. Przychodziły Ci już do głowy „czarne myśli“, ale nie miałeś odwagi, by je zrealizować. A zresztą zawsze w takich momentach przypominali Ci się Twoi rodzice. Nie mogłeś im tego zrobić. Wkurzałeś się. Chciałeś znaleźć coś, czym mógłbyś się zająć. Mieć jakąś pasję, a nawet ją znalazłeś, lecz przede wszystkim brakuje Ci przyjaznych ludzi, nie tylko najbliższej rodziny. Nie takich, którzy spotykają się z Tobą z poczucia obowiązku, po to, by samemu poczuć się lepiej, czy dlatego, bo taka jest ich praca. Takich ludzi, którzy Cię by lubili dla Ciebie samego i Ty mógłbyś odwdzięczyć się im tym samym. Jak ich znaleźć?
Drogi czytelniku, mam nadzieję, że zatrzymałeś się przez chwilę nad tym tekstem. Może trąci on trochę moralizatorstwem, ale daleko jestem od niego. Niech tekst „broni się sam“.
Cztery moje szkice (..., Przebudzenie, Stracona szansa, Ty) w sposób quasi-literacki opisują historię istniejącej w świecie rzeczywistym osoby, którą spotkałam na warsztatach terapii zajęciowej. Nie podałam jej prawdziwych danych, a luki w wiedzy o niej wypełniłam, mam nadzieję w sposób prawdopodobny, wytworem swojej wyobraźni. Każdego z nas może spotkać taki los.
Był listopadowy mroźny sobotni poranek. Uczniowie liceum należący do debiutującego koła wolontariatu gromadką szli wzdłóż ruchliwej krajowej drogi nr X. Na początku roku szkolnego entuzjastycznie przystali na pomysł jednej z nauczycielek matematyki, aby stworzyć struktury uczniowskiego wolontariatu i pomagać niepełnosprawnym z okolicy i miasteczka, w którym mieściła się ich szkoła. Projekt wyrósł z potrzeby, którą zauważyła nauczycielka wychowująca córkę z Zespołem Dawna. Każdy miał już swojego podopiecznego, do którego raz w tygodniu chodził w odwiedziny, porozmawiać, pobyć z nim, aby nie czuł się odcięty od świata. Nic specjalnego, tylko odrobina swojego wolnego czasu i cierpliwości. Opiekunka koła pani Ś. dbała o to, aby jej uczniowie zintegrowali się z sobą nawzajem i z podopiecznymi oraz poznali ich potrzeby wraz formami pomocy, które są dla nich dostępne. Z tego względu organizowała dla nich spotkania m.in. w poradni pedagogicznej czy warsztatach terapii zajęciowej dla dorosłych oraz późniejsze dyskoteki i olimpiady specjalne.
Właśnie tego poranka mieli pierwszy raz wziąć udział w zajęciach osób dorosłych, dlatego dreptali gęsiego zdłóż asfaltu próbując przekrzyczeć hałas mijających ich aut.
- Daleko jeszcze?! - krzyczała Monika
- Mówili, że koło Żawtony! - tym samym sposobem próbował się porozumieć Kuba.
- Kto taki kawał od miasta robi warsztaty dla niepełnosprawnych?! - dziwiła się Ania.
Po jakimś czasie udało im się dotrzeć do budynków Żawtony i zaczęli poszukiwać właściwego wejścia do upragnionego (po trosze z chęci ogrzania się i po trosze z ciekawości) celu. Znajdowało się ono w głębi nieco z lewej strony. Z daleka, dla „niewtajemniczonych“, nie rzucało się w oczy. Przy wejściu przywitała ich młoda dziewczyna - pracownica ośrodka i jednocześnie opiekunka grup oraz kilkoro z jej poopiecznych. Po zdjęciu i powieszeniu kurtek w wielkiej szafie stojącej w korytarzu, do dziewczyn podeszli wychowankowie ośrodka, żeby się przywitać.
- Adrian zostaw nową koleżnakę, bo ją udusisz. - ostrzegła jedna z opiekunek, gdy rosły mężczyzna z zespołem Dawna zbyt mocna przytulał Monikę. - Nie możesz pozwalać im na takie czułości. Oni pomimo tego, że zachowują się jak dzieci i są przyjazni, to są silni i potrzeby seksualne mają jak dorośli mężczyźni. Nie zdają sobie sprawy, że mogą zrobić ci krzywdę - pouczała wolontariuszki pracownica. - To ty musisz stawiać granicę.
Dziewczyna w pierwszym momencie zesztywniała ze stachu i bała się poruszyć, lecz gdy spojrzała na uśmiechniętą i radosną twarz Adriana, odetchnęła z ulgą. Podbiegła wyjątkowo wesoła dziewczyna.
- To nasza Kamilka. Najradośniejsza ze wszystkich - przedstawiła przybyłą podopieczną.
Kamila wyściskała wszystkich przybyłych i obdarzyła szczerym uśmiechem.
Wolontariusze zostali podzieleni na kilka grup, w których zwiedzali warsztaty Adriana, Kamili i wszystkich pozostałych uczestników zajęć.
Monika została zaprowadzona do bardzo kolorowej sali, w której siedziało już kilkoro poopiecznych ze swoją panią i robiło cudeńka z papieru, masy solnej oraz farbek do szkła.Po przedstawieniu grupy usiadła koło jednego z uczestników zajęć i obserwowała ich pracę. Jednak długo nie „nacieszyła się spokojem“. Każdy chciał się pochwalić swoim dziełem i sposobem jego wykonania. Każdy chciał dotknąć nowo przybyłych, zainteresować ich sobą.
- Mamy tutaj kilka pracowni dla dorosłych osób niepełnosprawnych, które uczą się u nas podstawowych czynności dla własnego użytku. Uczą się gotować, sprzątać, ubierać się samemu, ale też wykonują proste rzeczy, które później ośrodek sprzedaje i utrzymuje się z tego. Tutaj jest pracownia plastyczna, gdzie, jak widzicie, powstają różne ozdoby. Za kilka tygodni w waszej szkole będziemy sprzedawać je na kiermaszu bożonarodzeniowym. Dalej są pracownie metalowe i inne. W nich bardziej sprawni mężczyźni pod opieką pana Macieja uczą się wykonywać, np. węglarki i tym podobne rzeczy. Je również sprzedajemy. Naszymi podopiecznymi są osoby dorosłe, które są upośledzone w stopniu lekkim i średnim i mogą wykonywać proste prace. Zarabiają na siebie, czują się potrzebne. Są przywożone i odwożone do swych domów codziennie busem ośrodka. Ze względu na to, że nasi podopieczni są dorośli, nie obejmuje ich już program szkół specjalnych. - tłumaczyła oprowadzająca po ośrodku kobieta.
Pożegnawszy się z z uczestnikami warszatatów plastycznych grupa wolonatriuszy poszła dalej, zaglądając do każdego z mijanych pomieszczeń. W korytarzu unosił się zapach gotowanego obiadu. Z kuchni wychyliła się uśmiechnięta Kamilka i zaprosiła grupę do środka.
- Dziś będą placki ziemniaczane. - z dumą powiedziała.
- Kamila jest naszym słoneczkiem i bardzo nam pomaga - pochwaliła jedna z kucharek pracujących w kuchni - Razem robimy posiłki dla wszystkich pracowników.
Przez chwilę wydawać by się mogło, że w ośrodku panuje idylla i wszyscy są szczęśliwi, uśmiechnięci, zadowoleni z tego co robią. Do czasu, gdy wolontariusze i podopieczni zebrali się w jednej sali - sali ćwiczeń i odpoczynku. Prowadzące zajęcia przedstawiły zwykły plan dnia w ośrodku i powiedziały, że czas na lepsze zapoznanie się grupy z liceum z podopiecznymi poprzez zabawy integracyjne. Jednak na coś lub kogoś czekały. Z salki z tyłu pomieszczenia wyszła fizjoterapeutka.
- Zaraz do was dołączy Janek. Przed chwilą skończyliśmy ćwiczenia. Janek nie jest podopiecznym ośrodka, nie pracuje tu jak inni, np. Kamila czy Adrian. Przyjeżdża z miasta na ćwiczenia ze mną.
Po chwili z czyjąś pomocą do sali wszedł Janek. Pierwszą różnicą między podopiecznymi a nowo przybyłym, jaką dało się zauważyć, był brak uśmiechu. Nieufnie rozejrzał się po zgromadzonych. W oczach błysnęło rozpoznanie, gdy spojrzał na Kubę. Był on jego wolontariuszem. Co tydzień odwiedzał go w domu. Grali razem na komputerze i rozmawiali. Z prawej strony głowy Janka widniała długa blizna, tym bardziej widoczna, że miał ciemne włosy. Jedna ręka była podkurczona i nie dawała się rozprostować. Stawiał niepewne kroki starając ukryć się gdzieś z tyłu, aby nie być widocznym.
- To Janek. Jest od nas kilka lat starszy. Parę lat temu miał zdawać maturę. Chodził do naszego liceum. Miał wypadek samochodowy. - ściszonym głosem objaśniła jedna z dziewczyn.
Zaczęły się gry. Rzucanie piłką, zgadywanki i inne, przy których co chwilę wybuchały salwy śmiechu. Przy jednej z zabaw trzeba było połączyć się w pary. Monika podeszła do Janka z uśmiechem, lecz spotkała się z zimnym spojrzeniem i odepchnięciem. Burnął coś pod nosem. Nie wiedziała jak zareagować, więc wycofała się, a do Janka podszedł ktoś inny. Jego zachowanie, tak różne, do zachowania innych uczestników, zbiło ją z tropu. Nie próbowała już więcej nawiązać kontaktu. Do innych odnosił się znośnie, lecz z dystansem.
Po wyjściu z ośrodka, w trakcie drogi powrotnej, wolontariusze dzielili się wrażeniami. Monika próbowała się czegoś więcej o Janku dowiedzieć, by zrozumieć jego gwałtowną reakcję, ale nic jej to nie dało.
Później widywała go jeszcze czasem jak sam jeździł trzykołowym wózkiem po chodniku, do sklepu, ale nie podeszła do niego. Nie chciała być więcej odtrącona. Po latach jeszcze z łatwością potrafiła przypomnieć sobie to wściekłe spojrzenie ciemnych oczu.
- Może on zdawał sobie sprawę z tego, co go ominęło? Miał jakieś plany? I w przeciwieństwie do pozostałych nie był niepełnosprawny od urodzenia? Dlaczego tak łatwo odpuściłam? A może mogłam mu pomóc? - powtarzała sobie pytania.
Ból. Wszędzie ból. Jakby głowa eksplodowała i rozpadła się na maleńkie kawałeczki, a korpus był cięty tępym nożem i wyrywany po kawałku.
Dlaczego wszystko mnie boli? Ałaaaa... I kto, na Boga, tak hałasuje?! Piła? Kto tak krzyczy? Co to za dziwny zapach?
- Odsuńcie się! - zakomendował głos - Wyrwać drzwi! Na raz, dwa, trzzzyyy... Ostrożnie...
Ała... To boli! Nie dotykaj mnie! - krzyczał Janek bez słów. Próbował otworzyć usta, ale nie mógł. Powieki też jakby odmawiały posłuszeństwa. Nie mógł się ruszyć. Co się stało? - myślał - Ale się drą! Ciszej ludzie, ciszej. - próbował skoncentrować się Janek, lecz po chwili znów nastała cisza. Stracił przytomność.
Świtało. Mrok przechodził w szarość poranka. Pierwsze promyki słońca starały się wygrać z nocą. Czyjeś stłumione głosy roznosiły się po korytarzu szpitala. Na ławce mieszczącej się na oddziale intensywnej terapii siedziało dwoje skulonych ludzi. Wyglądali na bardzo zmęczonych i zdenerwowanych. Twarz kobiety znaczyły ślady po niedawnym płaczu. Mężczyzna próbował ją uspokoić obejmując ramieniem. Z sali wyszedł lekarz. Przetarł oczy. Kobieta i mężczyzna poderwali się z miejsc. W ich wzroku czaiło się nieme pytanie.
- Proszę państwa, operacja się udała, ale najbliższe dwie doby są najważniejsze. Dowiemy się, czy państwa syn będzie żył. Ale jeśli przeżyje, to... hmm - doświadczony chirurg nie wiedział, jak przekazać tym ludziom wieści - to... - spróbował raz jeszcze- Obrażenia mózgu i rdzenia kręgowego są poważne... yyhhmmm...
- Cccoo PPPAAA...NN PPRZEZZZ TTTO CCCHHHCEEE PPPOOOWWIEDZIEĆ? - z przestrachem, mocno akcentując każdy wyraz i nienaturalnie jąkając się zapytał ojciec.
Lekarz, uciekając wzrokiem w bok, powiedział:
- Najważniejsze, żeby się wybudził, wtedy będziemy mogli przeprowadzić kolejne badania i, po konsultacjach z neurologiem, ocenimy jego stan. Teraz najważniejsze, żeby przeżył. Proszę... - „być dobrej myśli“ chciał zwyczajowo dodać, ale nie przeszło mu to przez gardło.
- W ciągu dwóch dób Janek miał już trzy operacje, a pan mówi, że nie wiadomo, czy przeżyje i jaki będzie jego stan, jeśli się obudzi???!! - ojciec nie mógł już znieść niepokoju.
Matka jeszcze bardziej skuliła się w sobie jak od ciosu. Lekarz zaczerpnął powietrza:
- Proszę się modlić. - jednym tchem wypowiedział te słowa i czym prędzej oddalił się.
Otępienie. Głosy. Coś słychał, ale niewyraźnie. Tak jakby był pod wodą, a dźwięki rozchodziły się ponad taflą jeziora, nad które jeździł latem ze znajomymi. Próbował odróżnić tony, dźwięki, słowa, ale nie mógł. Jego mózg działał w spowolnionym tempie, tak, jakby był pijany. Nie wiedział gdzie jest i dlaczego. Jedynie pamiętał ból, rozsadzający wszystko ból. Teraz nie czuł go.
Muszę zobaczyć gdzie jestem! Skoncentrował się z całych sił na otworzeniu oczu, ale jedynie udało mu się drgnąć jedną powieką. Drugą coś tamowało. Sprónował jeszcze raz. Efekt był taki sam.
- Mrugnął. Janek mrugnął! - z niedowierzaniem szeptała kobieta - Zbyszek! Zbyszek! On się budzi! - z przejęciem oznajmiła mężowi.
Ten wybiegł na korytarz, niemal potrącając po drodze pielęgniarkę.
- Mój syn, mój syn się budzi. Żyjeee... - wykrztusił. c. d. n.
Przekręcił się zamek w drzwiach i do mieszkania wszedł pewnym, energicznym krokiem Janek. Na podłogę rzucił niedbale wielką sportową torbę i ściągnął z nóg adidasy. Chciało mu się pić. Jak zawsze zresztą, gdy wracał po treningu. W samych skarpetkach poszedł do kuchni poszperać w lodówce w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia. Na drzwiczkach stała woda mineralna i coca-cola.
- Hmm... Zasłużyłem dziś na odrobinę przyjemności - zamruczał do siebie wyciągając colę i wspominając dopiero co skończony trening. Przysiadł na brzegu blatu kuchennego. W myślach już słyszał słowa matki - „ Do siedzenia są krzesła ..."- i uśmiechnął się mimo woli.
- Dziś nawet matka nie zwracałaby uwagi na takie dyrdymały.- powiedział do siebie.
Trener był z niego zadowolony. Wybrał go do drużyny na najbliższy piłkarski sezon! Fakt to tylko trzecia liga - myśłał- ale jeśli się sprawdzę, może zostanę zauważony przez selekcjonerów z innych klubów, nawet pierwszej ligi. Tu Janek puścił wodze fantazji. Widział się już jako strzelca w Wiśle Kraków, a może jeszcze dalej? Starzy byliby dumni, może ojciec w końcu kupiłby mi samochód? E tam, sam bym sobie kupił taką furę, że nawet Dżdżystemu by kopara opadła. A Dorota wszędzie by ogłaszała, że to jej Janek jest taki zdolny. Wyobrażał już sobie te ogłoszenia, opisy na fejsie, zdjęcia z każdego meczu. Wszyscy kumple (a miał ich naprawdę sporo) chełpiliby się znajomością z nim.
Ze szklanką w ręce poszedł do swojego pokoju. Rzucił się na łóżko. Dopiero teraz poczuł zmęczenie po morderczym treningu. Pomino podekscytowania i początkowej euforii, usnął szybko. Ostatnią myślą, jaka mu przemknęła przed zanurzeniem się w świat snu, była wizja ciężkiej pracy, którą musi wykonać, by dojść do celu.
Obudził go dźwięk komórki. Ktoś dobijał się do niego. Spojrzał na ekran zaspanym wzrokiem i nie wiele myśląc, odebrał.
- Siema stary. Co się z Tobą dzieje? Zaraz kulamy się z Złamasem i Skunem do Japońca na browara. Za dychę masz być na dole - ogłosił nieznoszacym sprzeciwu tonem Dżdżysty.
Janek otrząsnął się z resztek snu. Wstał i ruszył do szafy. Musiał zapalić światło, bo zściemniło się. Wygrzebał czyste dżinsy i świeżą koszulę. To są zalety mieszkania z rodzicielami - uśmiechnął się. Pośpiesznie wciągnął na siebie ubranie i wyszedł z pokoju. Będąc w holu natknął się na ojca, który zdążył wrócić z pracy.
- Cześć synu. Wychodzisz? Nie pogadamy? Myślałem, że opowiesz mi o treningu. - zaczepił ojciec.
- Mówiłem Ci przez telefon, że dostałem się do reprezentacji. - syn odpierał „atak“ jednocześnie wciągajac buty i zarzucając na siebie kurtkę- Jak dobrze pójdzie, to mogę awansować do drugiej ligi.- Jankowi przerwał dzwonek telefonu- O, Dżdżysty już czeka na dole. Jedziemy na piwo. Jak wrócę, to pogadamy. Nara.
I już po chwili słychać było pisk opon ruszającego spod bloku bmw.
- Coś się tak ślimaczył? - złościł sie Złamas
- Ojciec mnie zatrzymał w drzwiach. - tłumaczył się Janek. - Co tak grzejesz? - zwrócił uwagę kierowcy. - Ścigasz się z kimś?
- Ronaldo (taką ksywkę wśród znajomych nosił Janek) nie cykaj. - ze śmiechem odezwał się Skun - Dżdżysty zawsze tak śmiga. Jakbyś nie wiedział.
- Tak. Kubica z niego, he he - zawtórował mu Złamas.
Jakby na potwierdzenie słów kumpli, Dżdżysty zaczął jeszcze przyspieszać. Obejrzał się przez ramię, by zobaczyć strach w oczach Ronalda. Janek krzyknął:
- U W A Ż A J!
Właśnie z zawrotną szybkością wpadli na skrzyżowanie, gdy zapaliło się czerwone światło i samochody mające zielone ruszyły. Janek kątem oka dostrzegł zbliżające się z lewej strony renauta. Dżdżysty nie zdążył zareagować. Zarzuciło samochodem. Słychać było chrzęst wgniatanej blachy, brzęk tłuczonego szkła... Nastała ciemność. c.d.n.
Dim lights Embed Embed this video on your site
Jestem Kobietą…
Co chciałbyś o mnie wiedzieć?
Jestem tajemnicą…
Czy chcesz mnie rozwikłać…?
Jesteś tego pewien?
Od czego zaczniemy…
Może od bycia na prawdę…?
Mniej = Więcej
Chciałam powiedzieć tak wiele
ale słowa wydały się zbyt małe…
Chciałam dać tak wiele,
lecz zrozumiałam, że sama tak niewiele mam…
Chciałam… łzy śpiewały, uśmiech tęsknił, serce szukało…
Chciałam i już wiem ,że mniej znaczy więcej…
Zostałeś stworzony do Miłości…
Czy jeszcze o tym pamiętasz?
Czy też zatraciłeś się schematach i stereotypach…
Zostałeś stworzony dla rzeczy wielkich…
Dlaczego więc zadowala Cię byle co…?
Dlaczego przestałeś pragnąć?
Zostałeś stworzony do radości…
Nie karm się więc bezsensownym smutkiem…
Spójrz dookoła… Bez Ciebie byłoby pusto…
Spójrz dookoła… Człowiek nie jest samotną wyspą…
Zostałeś stworzony do Miłości, by stawać się Miłością…
A może...
Grzechem przytłoczeni
smutkiem przygaszeni…
próbujemy żyć.
Przymuszeni…
zalęknieni…
samotni…
zabiegani…
ukryci w sobie…
A może by tak spróbować żyć naprawdę?
Patrzeć głębiej…
Słyszeć więcej…
Kochać bardziej…
„Wystarczy Ci mojej łaski…”
Dobrze jest…
Dobrze jest jak jest, gdy sumienie mam na swoim miejscu
I wiem gdzie kończy się granica mnie samej.
Z szacunkiem podchodzę do przestrzeni nieznanej
Świętej, nieogarnionej, która jest we mnie i poza mną zarazem.
Dobrze jest jak jest, słuchać tylko tego, co ważne
Bez nie potrzebnych myśli i zdarzeń
Dobrze jest… Dobrze…
Zachłanna
Zachłanna jestem gdy chodzi o miłość
Każdym oddechem zbieram nadzieję
By jej starczyło gdy braknie łez.
Tak wiele się mówi słów bez pokrycia,
Tak wiele murów jest do przebicia
A potem zdziwienie, że tak pusto jest…
A ja szukam spojrzeń głęboko schowanych
Kryjących tajemnicę pragnień czystych, nieskalanych
Nieśmiało zabieram się za oswajanie swych marzeń
I przyjęcia ze spokojem konstelacji zdarzeń…
Ja wiem, tak Wielę oczekuje
Ąż i tylko
Ale jestem zachłanna gdy chodzi o miłość.
Gdy kobieta płacze…
Gdy kobieta płacze nie śmiej się nie oceniaj,
nie drwij z jej wrażliwości
Może jest słaba a może była silna zbyt długo
Może wciąż była dla innych, nigdy dla siebie
Może zapomniała o pięknie, które kształtuje jej duszę.
Gdy kobieta płacze, słuchaj…
Jej łzy powiedzą Ci więcej
niż słowa czasem tak bezsensowne.
Gdy kobieta płacze, nie bój się
To nie muszą być łzy bezsilności,
to mogą być łzy oczyszczenia, łzy poszukiwania
łzy nadziei słonecznego poranka.
Gdy kobieta płacze, może nie zrozumiesz…
Nie musisz po prostu bądź…



