Biegasz po łące roześmiany ze swoim psem i ludźmi, którym zależy na Tobie i ze wzajemnością. Bawicie się w berka pomimo tego, że już dawno wyrośliście z wieku przedszkolnego. Beztroska zabawa i dużo śmiechu. Młodość i radość. Życie jest takie piękne, Słońce świeci. Nic nie może Wam popsuć tego dnia. Podbiega zdyszana Zośka klepie Cię w ramie wołając głośno „Berek!”. Odwracasz się i ruszasz w pościg. Nadeptujesz sobie na sznurówkę i przewracasz się. Kumpela umyka przed Tobą. Pośpiesznie starasz się wstać, ale coś jest nie tak. Nie możesz się ruszyć. Nogi są ciężkie jak z ołowiu. Ani drgną. Rozglądasz się za znajomymi, ale są już daleko. Nawet nie zauważyli, że ich nie gonisz. Wołasz za nimi. Nie słyszą. Nie przestajesz nawoływać. Bez rezultatu... Nagle słyszysz brzęk tłuczonego szkła, trzask gnieconej blachy i krzyk przerażenia rozdziera Twoje gardło!
Budzisz się zlany potem. Chwilę trwa zanim orientujesz się gdzie jesteś. Rozpoznajesz ściany swojego pokoju, powoli normuje się Twój oddech. Dyszysz jeszcze. Patrzysz w sufit. Światła przejeżdżających samochodów bawią się na nim i na ścianach tworząc stwory, które w dzień nie wychodzą z ukrycia. Do świtu, przed którym czmychają one pod szafę i w różne dziwne miejsca, zostało jeszcze sporo czasu. Wiesz, że już nie zaśniesz. Możesz tępo wpatrywać się w blednące z czasem stwory lub myśleć o tym, że już nigdy nie dogonisz Zośki. Nie będziesz się z nimi wszystkimi śmiał i marzył o świetlanym życiu.
Patrzysz więc na cienie. Obserwujesz każdą zmianę w ich kształcie, pozór ruchu za każdym razem, gdy zmienia się kąt padania światła na zewnątrz. Powoli cienie bledną. Odchodzą na kolejny dzień, tylko po to, by nocą znów ożyć. Zdajesz sobie sprawę, że tak oto udało Ci się dobrnąć do kolejnego poranka. Jednak nie czujesz ulgi.
Leżąc wsłuchujesz się w dźwięki domu, jego pobudkę po nocnym spoczynku. Za ścianą tyka zegar, ktoś człapie do łazienki, po chwili słychać szum wody. Pewnie tata wstał do pracy. Po kuchni krząta się już mama, pewnie jeszcze w szlafroku z potarganymi włosami. Niby już funkcjonuje, ale jeszcze jest w fazie, w której resztki nocnych mar uparcie czepiają się dnia. Zwykle chwilę zajmuje wygnanie ich z myśli i marzeń człowieka. Mechanicznie wykonuje codzienne czynności. Słyszysz, że włączyła czajnik bezprzewodowy. Przepływa Ci przez głowę myśl, że Ty też już od kilku lat powinieneś wstawać tak wcześnie, krzątać się i wychodzić do pracy. Tymczasem leżysz w łóżku i czekasz. Na co? Aż czas się cofnie i nie wsiądziesz do TEGO samochodu? Nie będzie wypadku? Nie będziesz cierpiał? Nie. Na to już nie czekasz. Na początku tak. Myślałeś, że to jeden koszmar, z którego zaraz się obudzisz. Jednak on trwał i zamieniał się w jawę. Nawet Hitchock nie mógłby wymyślić straszniejszego horroru.
Byłeś wściekły. Nienawidziłeś wszystkich i wszystkiego. Miałeś pretensje do kumpla za to, że jechał jak wariat. Do Boga - „jak mógł do tego dopuścić? Za co mnie tak ukarał? Przecież nie zrobiłem nic złego. Miałem plany, marzenia, dziewczynę, kumpli, drużynę“. Zadawałeś sobie pytanie: „dlaczego ja?“. Pozostali mieli tylko kilka zadrapań, jeden złamał nogę i to wszystko.
Teraz czekasz, aż mama, która zrezygnowała z pracy, żeby się Tobą zająć, przyjdzie pomóc Ci wstać. Już nie myślisz o tym, że jest to dla Ciebie upokarzające - dorosły chłopak, a mamusia pomaga mu się w codziennych czynnościach. Teraz już nie jest tak źle. Przy podpórce możesz iść sam do łazienki. Masz nawet własny pojazd, lecz nie jest to wymarzony jaguar, a trzykołowy wózek, którym robisz sobie samotne wycieczki do sklepu. Mógłbyś jechać gdzieś dalej, ale nie lubisz, jak patrzą na Ciebie ludzie. Ta mieszanina litości i ulgi, że to nie oni sami siedzą na Twoim miejscu jest nie do zniesienia. Niektórzy gapią się z taką ciekawością jakbyś miał na czole coś napisane. Inni odwracają wzrok od wózka. Czasem się zdarza, że jacyś gimnazjaliści, nieświadomi tego, że też może ich spotkać ten sam los, zaczepiają Cię tylko po to, by wyśmiać. Ale to nie jest najgorsze. O nie. Spotkanie starych znajomych, kumpli, którzy po wypadku przychodzili tłumnie w odwiedziny. Pocieszali i mówili jak to tęskną za Tobą. Później przychodzili coraz rzadziej, po woli się wykruszali, aż w końcu pochłonął ich wir własnych spraw, wizja życia, w której zabrakło dla Ciebie miejsca. Teraz albo udają, że Cię nie widzą albo zatrzymują się na chwilę tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że jednak łatwiej by było czmychnąć przy pierwszej okazji.
Często wydaje Ci się, że nie masz po co żyć. Jeździsz na rehabilitację i stykasz się z innymi chorymi. Są wśród nich też niepełnosprawni umysłowo. Czasami masz wrażenie, że im jest łatwiej, bo rzadko zdają sobie sprawę z własnych ułomności. Potrafią się cieszyć ze wszystkiego. Wiele razy czułeś, że do nich nie pasujesz. Uważałeś ich za głupków. Ale gdzie „pasujesz“? Nie masz o czym rozmawiać ze starymi znajomymi, dziewczyna nie chciała Cię TAKIEGO, do ludzi, którzy przychodzą do Ciebie z wolontariatu nie możesz na dłużej się przywiązać, bo szybko kończą liceum i idą dalej, goniąc za swoimi marzeniami. Masz wrażenie, że zostałeś gdzieś z tyłu. Oni są już w połowie maratonu,a Ty tuż za startem. Nie wiesz co dalej robić. Przychodziły Ci już do głowy „czarne myśli“, ale nie miałeś odwagi, by je zrealizować. A zresztą zawsze w takich momentach przypominali Ci się Twoi rodzice. Nie mogłeś im tego zrobić. Wkurzałeś się. Chciałeś znaleźć coś, czym mógłbyś się zająć. Mieć jakąś pasję, a nawet ją znalazłeś, lecz przede wszystkim brakuje Ci przyjaznych ludzi, nie tylko najbliższej rodziny. Nie takich, którzy spotykają się z Tobą z poczucia obowiązku, po to, by samemu poczuć się lepiej, czy dlatego, bo taka jest ich praca. Takich ludzi, którzy Cię by lubili dla Ciebie samego i Ty mógłbyś odwdzięczyć się im tym samym. Jak ich znaleźć?
Drogi czytelniku, mam nadzieję, że zatrzymałeś się przez chwilę nad tym tekstem. Może trąci on trochę moralizatorstwem, ale daleko jestem od niego. Niech tekst „broni się sam“.
Cztery moje szkice (..., Przebudzenie, Stracona szansa, Ty) w sposób quasi-literacki opisują historię istniejącej w świecie rzeczywistym osoby, którą spotkałam na warsztatach terapii zajęciowej. Nie podałam jej prawdziwych danych, a luki w wiedzy o niej wypełniłam, mam nadzieję w sposób prawdopodobny, wytworem swojej wyobraźni. Każdego z nas może spotkać taki los.



